Posty

Valcarlos/Luzaide Roncesvalles i dalej

Obraz
Od początku wiedziałem, że prawdziwe  camino  rozpocznie się w Hiszpanii i tak też się stało. Z Saint Jean do Valcarlos/Luzaide, bo te nazwy są używane wymiennie, dotarliśmy około 18:30. Ale wcześniej była niedostrzegalna zupełnie granica. Jakaś stacja benzynowa... Żadnych znaków, czy informacji. Jedynie nieco dalej, już po hiszpańskiej stronie, dawne dumne Królestwo Navarry, a dzisiejsza prowincja o tej samej nazwie, postawiła tablicę, robiąc to, czego zaniedbały władze w Paryżu i Madrycie. Zaczynał pomału kropić deszcz i grzmiało, dalej jechać nie było sensu, tym bardziej, że to dzikie góry, a następna miejscowość to dopiero Roncesvalles, czyli Orreada. Co drugi dom w Luzaide to hotel, hostel, pokoje gościnne, albo alberga, czy wręcz agroturystyka. Tyle, że wszystkie zamknięte na głucho. Znajdujemy w naszym spisie informację, że jest tu albergue gminne i do tego podobno działa. Zaczepiam starszego mocno pana. Ten, w kompletnie niezrozumiałym dla mnie baskijskim, mówi co...

Bruksela

Obraz
Stare urzędnicze powiedzenie mówi: sprawa raz odłożona, dalej odkłada się sama. Dotyczy to także i mojego wpisu na temat Brukseli. Codzienne sprawy, wrażenia, komplikacje, spychają na dalszy plan to, co już minęlo. Ale winien jestem sobie, a przede wszystkim Heńkowi tę opowieść. Poza tym przypomina mi srogo o mojej obietnicy Madame Redacteuresse. W Bidarray leje, czekamy aż przestanie, mogę pisać. No więc do dzieła:  Etap z Weert do Brukseli był najdłuższy w naszej dotychczasowej podróży. Przejechaliśmy wówczas ponad 140 km. Wstaliśmy bardzo wcześnie ponieważ spaliśmy po raz pierwszy w naszej podróży w namiocie, było zimno i z tego powodu nie dało się zbyt długo wylegiwać. Ruszyliśmy około 6,45. Holandia skończyła się po ośmiu kilometrach, a przez Belgię jechaliśmy przez następnych ponad 130. Najbardziej pamiętam ostatni odcinek, który na przestrzeni około 12 km biegu wzdłuż kanału jakiejś rzeki. Była to bardzo wygodna droga rowerowa, tego rodzaju, na jakie natrafiliśmy często p...

Saint-Jean-Pied-de-Port. Początek Camino Francés

Obraz
Wczoraj nocowaliśmy na kempingu w Bidarray, u podnóża Pirenejów. Szczęśliwie tym razem w tzw. cabines, czyli rodzaju domku kempingowego o ścianach z tkaniny nieprzemakalnej. Było trochę drożej, ale opłaciło się, bo rano przyszedł silny deszcz. Śpiąc pod namiotem suszylibyśmy się bardzo długo. A tak już koło 10 rano, po przejściu prawdziwej ulewy, mogliśmy ruszać do St. Jean. Całe 20 km to był jeden długi, łagodny zjazd. Świadczy to jak wysoko musieliśmy się wczoraj wspiąć!  Dotarliśmy do Saint Jean, odwiedziliśmy informację turystyczną i pielgrzymkową, oddaliśmy hołd biurokracji uzyskując stosowne tampons. Napatrzyliśmy się na różnojęzyczny tłum pielgrzymów i turystów, wśród których nie brakuje pielgrzymów japońskich. Saint-Jean-Pied-de-Port jest w Baedekerze i Japończyk jadący do Francji MUSI przejść choć kawałek piechotą. Odwiedziliśmy kościół, przejechaliśmy obok Cytadeli, zobaczyliśmy więzienie biskupów, chyba dla pielgrzymów, przeszliśmy przez bramę św. Jakuba. Znowu padał des...

Saintes

Obraz
Nocleg pod namiotem w  Saintes  był nawet przyjemny. Zresztą, przywykliśmy już do tego.  Między  19 a 20 dojeżdżamy do jakiejś miejscowości i zaczynamy rozglądać się za miejscem noclegowym. Chodzi nam przede wszystkim o kemping, ponieważ tak jest najtaniej. Najpierw namiot, potem ewentualne pranie i kolacja na pewno. Musimy przecież mieć siły by pedałować. Kolację jemy najczęściej jak prawdziwi dyplomaci na raucie albo konie, czyli na stojąco. Bo na kempingach, nastawionych głównie na  kampery , na których pokładach jest dosłownie wszystko, stoły nie zawsze są na stanie. Ponieważ trawa o tej porze jest już mocno wilgotna, nasze Dary Boże rozkładamy na sakwach i bagażnikach. A odżywiamy się jak pierwsi chrześcijanie: chleb, wino, oliwki, czasem kawałek tutejszej, ohydnej kiełbaski. I po małej chwilce zasypiamy. Na kempingach, które są tu liczne, dobrze utrzymane i urządzone (poza brakiem stołów!), jest sporo ludzi, a w tym, i cyklistów. Spotykamy wśród nich p...

Trzy tysiace

Obraz
Dziś w  Loustalet , na południe od  Léon , licznik na moim rowerze pokazał 3000 km od wyjazdu z Białegostoku. A dzisiaj mija też 40. dzień od wyjazdu. Sporo mamy już w nogach, myślę, że pozostało jeszcze jakieś 850 km. Ale będą to kilometry najtrudniejsze! Mam nadzieję, że damy radę, może nie będzie to mistrzowski wynik, ale w końcu dotrzemy do celu.  Od poniedziałku chyba jesteśmy już w Kraju Basków, pojawiają się dwujęzyczne napisy, co w Polsce tak trudno znieść Prawdziwym Polakom na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe. W  Sanguinet , gdzie nocowaliśmy z niedzieli na poniedziałek, poszliśmy na kawę do  boulangerie  o szumnej nazwie Duchesse. Wypieki wyglądały tak apetycznie, że do kawy zaordynowaliśmy sobie po kurtyzanie. I nie zawiedliśmy się, kurtyzany były doskonałe... Francuzi mają predylekcję do przewrotnych nazw i ta duchessa z  Sanguinet  tak właśnie nazwała bagietki, które zjedliśmy ze smakiem. A gdy wyjechaliśmy trochę...

Od Melle do Saintes

Obraz
Cały długi tekst przepadł mi w czeluściach Internetu. Muszę pisać od nowa, podzielić to na części, z nadzieją że tym razem się uda. W piątek rano, po raz ostatni rzuciwszy okiem na wspaniały kościół św. Hilarego, ruszamy na południowy zachód. Szło nam całkiem nieźle, dopóki nie zaczęło padać. Mieliśmy ominąć  Aulnay , ale w tej sytuacji skręciliśmy do miasta, by tam znaleźć miejsce do przeczekania. Kawiarnia nijaka, w centrum dość niejakim. Ale ma dach i rowery stoją pod rozwiniętą markizą. Jedna kawa, coś na rozgrzewkę, jakąś zapiekanka, pożywna i gorąca... Ciągle leje... Piszę, opracowuję zdjęcia, Franek dzwoni, dzwonią do mnie, ja dzwonię, leje... W końcu po drugiej kawie przestało, ruszamy. Przejeżdżamy koło miejscowego cmentarza i z ciekawości zaglądamy. A tam pomiędzy wiekowymi, kamiennymi nagrobkami, jakich nigdzie indziej nie widziałem, kościół św. Piotra. Obecnie remontowana jest ze środków publicznych jego wschodnia i, częściowo, południowa elewacja. Bo parafie tu są b...

Przez Francję

Obraz
Winien jestem pewne wyjaśnienie niedzielnego wpisu. Otóż przywołana wówczas pani Piszczek miała u nas na historii UW lektorat z łaciny. Była bardzo surowa i wymagająca; do dziś pamiętam "Galia est omnis  divisa  in partes tres,  quarum   unam   incolunt   Belgae ,  aliam   Aquitani ,  tertiam  qui  ipsorum  lingua  Celtae , nostra  Galli   apellantur ." Zawdzięczam Jej możliwość jakiegokolwiek komunikowania się w językach europejskich, bo jak powiadała, wszystkie czerpały z łaciny, bądź się wprost z niej wywodzą. Dzięki "mocnej trójce" z łaciny, na którą bez wątpienia zasłużyłem, jakoś jednak się odnajduję na obcej ziemi i dogaduję się z życzliwymi ludźmi, bo takich tu spotykamy. Dziękuję, Pani  Puello , bo tak na Panią mówiliśmy, i mam nadzieję, że nie weźmie mi Pani tego za złe; zresztą Pani i tak o tym na pewno wiedziała  A w środę, 23 maja, z kampingu w Saint-É pein  k.  Villeperdu ...